Znajdź na blogu...

czwartek, 21 maja 2015

ANANAS W SOSIE CZEKOLADOWYM - owocowa przekąska super speed

Dzisiaj nie podam Wam przepisu. Dzisiaj po prostu Wam pokażę :) 
A to, co widzicie, to przepyszna, super szybka, odżywcza i jeszcze raz przepyszna przekąska na taki szary dzień jak dziś i jakich wiele u nas niestety... Po czymś takim nastrój musi, po prostu MUSI się poprawić :))

Potrzebny jest dojrzały ananas, pokrojony na kawałki "na jeden kęs" oraz ciepły sos czekoladowy.

Sos, który pokochałam od pierwszego spróbowania, o którym wspominałam tutaj, dzisiaj w uproszczonej wersji, czyli tylko olej kokosowy, syrop klonowy i kakao, wymieszane na ciepło i od razu wylane na ananas. Czas przygotowania sosu jest krótszy, niż krojenie ananasa, więc jeśli się skończy, można błyskawicznie dorobić drugą porcję :) POLECAM GORĄCO!

P.s. W następnym poście 5 smaków tofu na 5 sposobów, ale potrzebuję trochę więcej, niż 5 minut czasu, żeby o tym napisać, a tylko tyle miałam dzisiaj. Wiem, że mi wybaczycie, więc wielkie dzięki i pozdrawiam serdecznie, do zobaczenia!




czwartek, 14 maja 2015

SOCZYSTE STEKI SOJOWE

Tydzień Wege trwa. 
W wielu nowych głowach pojawi się myśl: "Ok, może spróbuję". 
Zaraz potem przyjdzie nowa: "Ale czym zastąpię mięso??". 
I jeszcze jedna - oczywista odpowiedź na drugą: "No tak, kotletami sojowymi". 

Następnie wege świeżynka kupi kotlety sojowe, przyrządzi je wg przepisu na opakowaniu, stwierdzi oczywistą oczywistość, że "to" smakuje jak podeszwa i już na dzień dobry zniechęci się do tego całego wegetarianizmu, czy "co gorsza" weganizmu.

A kotlety sojowe po pierwsze podstawą wege wyżywienia NIE SĄ, a po drugie mogą być bardzo smacznym uzupełnieniem różnych dań, trzeba tylko przygotować je odpowiednio, czyli zupełnie inaczej, niż zazwyczaj podają przepisy.

Kiedyś pokazywałam już jeden sposób na sojowe "tekturki", w occie (TUTAJ), dzisiaj natomiast powiem Wam, jak zrobić soczyste sojowe steki - czy to w ogóle możliwe? :) Jak najbardziej!

Suche "tekturki" wrzucamy na suchą patelnię (bez tłuszczu) i zalewamy wodą trochę powyżej poziomu kotletów. Przykrywamy pokrywką i tak zostawiamy na średnim ogniu, aż prawie cała woda z patelni zniknie. Po takiej wstępnej obróbce kotlety są już lekko zmiękczone, więc przyprawiamy je wg uznania.

U mnie lecą po kolei: 
- 2 kopiaste łyżeczki słodkiej papryki w proszku, 
- pół łyżeczki pieprzu, 
- świeżo wyciśnięty czosnek - ząbek albo dwa, 
- płaska łyżeczka soli morskiej, 
- 2 kopiaste łyżeczki ziół prowansalskich. 

Pomiędzy poszczególnymi przyprawami warto zrobić chwilkę przerwy czyli posypać papryką, przemieszać kotlety, zostawić na moment, posypać pieprzem, przemieszać, itd., czyli nie wsypać po prostu wszystkich przypraw na raz (to dotyczy zresztą każdego dania).

Na koniec przyprawiania mieszamy całość z 2 łyżkami oleju, dolewamy wody znowu trochę ponad poziom kotletów, przykrywamy i zostawiamy teraz na najmniejszym ogniu, żeby kotlety powoli przechodziły przyprawami i jeszcze bardziej miękły. Kiedy cała woda ponownie zniknie kotlety są dobre do jedzenia, aczkolwiek mając więcej czasu polecam czynność z dolewaniem wody powtórzyć, czyli jeszcze raz woda ponad poziom kotletów, najmniejszy ogień i po tym trzecim "zmiękczaniu" kotlety można kawałkować samym widelcem, nawet bez użycia noża. Oczywiście noża przy jedzeniu jak najbardziej używamy :) chodzi tylko o zobrazowanie miękkości takich "steków".

W taki sam sposób można przygotować pyszne, soczyste kawałki do położenia na pizzy (wystarczy gotowe steki pociąć na paski) albo przygotować smaczny gulasz, można je włożyć do wegańskich burgerów albo nafaszerować nimi (pociętymi na kawałki) ciasto drożdżowe (przepis tutaj).

Super pasuje do nich dip czosnkowy ze słonecznika (TUTAJ), ketchup, musztarda, cokolwiek lubicie, można też jak najbardziej zostawić sam sos powstały w trakcie przygotowywania steków na patelni.

Mam nadzieję, że zdjęcia przekonują Was do wypróbowania TAKICH kotletów sojowych, a po kolejne przepisy zapraszam... jeszcze dziś wieczorem :)

Na koniec przypominam o rabacie na wege zakupy - cały koszyk 10% taniej jeszcze do końca tygodnia, wystarczy wpisać kod rabatowy: TYDZIEŃ WEGE, zapraszam! sun.sklep.pl




wtorek, 12 maja 2015

Tydzień Wegetarianizmu

Miało być w niedzielę, będzie we wtorek, życie...
Na szczęście Tydzień Wegetarianizmu nadal trwa i nadal może być to dobra okazja dla wszystkich tych, którzy chcieliby ale się boją ;) poszerzyć swoje horyzonty, i te poglądowe, i smakowe, no ale do rzeczy.

Ogólnopolski Tydzień Wegetarianizmu to największa i najstarsza impreza promującą wegetarianizm i weganizm w Polsce. Wydarzenie jest organizowane od 9 lat przez Fundację Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva!
Impreza ma na celu popularyzację zdrowych nawyków żywieniowych wśród Polaków, przybliżenie idei wegetarianizmu i weganizmu, a także zwrócenie uwagi na sytuację zwierząt wykorzystywanych do produkcji żywności.

W tym roku obchody OTW odbywają się w dniach 10­-17 maja.
Rozpoczął je II Bieg Wegański na dystansie 5 i 10 km organizowany przez grupę Run Vegan.
Wydarzenia, jakie jeszcze czekają na Was, to między innymi:

- wykład „Dieta roślinna w leczeniu chorób reumatycznych” doktor Edyty Biernat­-Kałuża, specjalisty reumatologii (środa 13 maja, godz. 18.00, Pałac Kultury i Nauki, Bar Studio),
- wykład Jarosława Urbańskiego „Dlaczego ludzie zaczęli jeść mięso? Rozwój masowego chowu od wczoraj do dziś”historia chowu przemysłowego w Polsce (14 maja, godz. 18.00, Warsztat, pl. Konstytucji 4),
- pokaz slajdów z wegańskiej podróży po Afryce Mzungu Wazimu i Mtoto pori - z dzieckiem i plecakiem w Afryce” Anna Makowska (15 maja, godz. 19.00, Organic Village, ul. Grochowska 207),
- warsztaty malowania i gotowania dla dzieci - sobota 16 maja, godz. 10.00-14.00,
- Wielki Rodzinny Wege Targ - niedziela 17 maja, godz. 10.00-17.00
- gala magazynu „Vege”, na której wręczone zostaną znaczki V dla produktów odpowiednich dla wegan oraz statuetka Grand­Prix magazynu „Vege” - 17 maja, godz. 18.00.

Wszystkim imprezom towarzyszyć będą konkursy oraz degustacje, a szczegółowy plan wydarzeń możecie podejrzeć na stronie Tydzień Wege oraz na facebooku.

Przez cały tydzień jest tez okazja do tańszych zakupów w wielu wege sklepach, oczywiście również w moim :) Aby uzyskać 10% RABATU NA CAŁY KOSZYK, wystarczy wpisać w polu na kod rabatowy hasło: WEGE TYDZIEŃ. Hasło działa do końca OTW czyli do niedzieli 17 maja, wszelkie informacje na bieżąco na stronie sklepu na facebooku, zapraszam serdecznie!




Oczywiście mam dla Was jeszcze nowe wege przepisy, ale to już jutro, ok? ;)
I mam nadzieję, że tym razem jutro będzie JUTRO :))

sobota, 9 maja 2015

Wspaniały WITARIAŃSKI MAKOWIEC i równie wspaniały SOS CZEKOLADOWY

Dzisiaj przedstawię Wam przepis mojego znajomego z sieci, autora bloga naturanatalerzu.pl.

Ten blog zachwycił mnie od pierwszego spojrzenia, pięknymi zdjęciami pięknych deserów, jak się okazało na dodatek - witariańskich, a także równie smacznych, jak pięknych, kilka sprawdziłam. 

Za wszystkim stoi człowiek z prawdziwą pasją, Adam, i dla mnie to kolejny dowód na to, że naprawdę dobre jedzenie robią przede wszystkim faceci (pierwszym dowodem koronnym jest mój osobisty M.:)), a my, kobiety, powinnyśmy zajmować się głównie jedzeniem tych pyszności.

Bloga poznałam w czasie głodówki dr Dąbrowskiej, więc możecie sobie wyobrazić, że prawie zjadłam laptopa :P Na szczęście niedługo potem miałam już możliwość i okazję wypróbować kilka przepisów, i to, co zachwyciło mnie najbardziej, zaprezentuję Wam tu właśnie. 

WITARIAŃSKI MAKOWIEC

Makowiec na surowo, kto by pomyślał?.. W samym maku surowym akurat problemu nie widzę, bo sama używam takiego już od dłuższego czasu, ale surowe ciasto, skąd je wziąć?

Rozwiązanie okazało się bardzo proste i idealnie wpisuje się w założenia mojego bloga, więc tym bardziej polecam Wam gorąco to "ciacho", a robi się je tak:

Namaczamy przez noc 1 i 1/3 szklanki daktyli (z tego 1 szklanka będzie potrzebna do masy ciastowej, a 1/3 do masy makowej) oraz 3/4 szklanki maku.

Do "ciasta" potrzebujemy jeszcze:

- 2 szklanki orzechów - Adam mówi, że pecan, a opcjonalnie włoskich, więc ja użyłam włoskich,
oraz 
- 3 duże łyżki roztopionego oleju kokosowego.

Koniec składników na sam makowiec, prawda, że piękne? :)

W celu przygotowania masy ciastowej należy zmielić orzechy, zmielić daktyle (tę 1 szklankę) oraz połączyć je razem z olejem kokosowym w jednolitą masę.
U mnie było łatwo, wrzuciłam do Vitamixa orzechy, daktyle i olej wszystko razem od razu i mieliło się pięknie :)

Gotową masę wykładamy na papier do pieczenia, formując prostokąt o szerokości przyszłego makowca i grubości ok. 1 cm, wbrew pozorom wcale nie jest to trudne do zrobienia.

Teraz masa makowa. Miksujemy resztę daktyli (1/3 szklanki) z odsączonym makiem i taką masę wykładamy na "ciasto". Na jednym końcu ciastowego prostokąta zostawiamy pasek bez maku i... zwijamy :) 
Zwija się wbrew pozorom też łatwo, pomagamy sobie podkładką - papierem do pieczenia i dociskamy delikatnie z góry, żeby nie było dziur w makowcu. 

Pomijając noc moczenia i czas łupania orzechów (można sobie ułatwić życie używając łuskanych ale ja tam wolę świeże), przygotowanie ciasta zajęło mi jakieś 25 minut. 

Gotowego makowca wkładamy do lodówki i szykujemy czekoladę do polania. 

TUTAJ macie oryginalny przepis, w którym możecie podejrzeć, jakiej czekolady użył Adam, ja natomiast polałam swojego makowca sosem czekoladowym, znalezionym w innym miejscu tego smakowitego bloga, dokładnie TYM.

Mieszamy więc:

- 4 duże łyżki roztopionego oleju kokosowego,
- 2 duże łyżki syropu klonowego,
- 3 duże łyżki kakao w proszku (w oryginale surowego ale ze zwykłym też wychodzi ;)),
- 1 małą łyżeczkę ekstraktu waniliowego - ja dodałam po prostu torebkę cukru waniliowego, ale WANILIOWEGO, a nie waniliNowego, czyli cukru z prawdziwą wanilią, dokładnie TEGO,
- 1 małą łyżeczkę cynamonu,
- szczyptę soli morskiej. 

Porządnie wymieszany sos wstawiamy na chwilę do lodówki, żeby lekko zgęstniał, po czym wyjmujemy z lodówki makowca, wyjmujemy sos, polewamy ciasto sosem, posypujemy wg Adama wiórkami kokosowymi, a wg mnie koniecznie i zdecydowanie płatkami migdałowymi :)) i... z powrotem do lodówki. 

Pierwszą próbę zrobiliśmy po około godzinie, "ciasto" było ładnie zwarte i dawało się bez problemu kroić, smakowało tez już cudnie ale kolejne porcje, wieczorem i następnego dnia oraz jeszcze następnego, powaliły nas na kolana. Smakowo najlepsza rzecz, jaką jadłam ostatnio, taka, która naprawdę wprawia w człowieka w ten, jakże pożądany, błogi stan biorący początek na podniebieniu:) Jeśli chodzi o formę, rewelacja, zwłaszcza po kilkunastu godzinach w lodówce, mam zamiar zaskoczyć tym makowcem swoich gości na następnej imprezie rodzinnej :D



A teraz drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy bloga Wszystko jest w głowie, mam do Was prośbę.

Adam bierze udział w Europejskim konkursie surowych wegańskich dań, prezentując jeden ze swoich smakowitych przepisów.
Jeśli jego blog zachwycił Was tak samo, jak mnie, możecie dać temu wyraz lajkując jego przepis na fejsbookowej stronie konkursu, dokładnie TUTAJ, i niech się chłopak cieszy, a co! :))
Żeby nie było, mój wpis absolutnie nie jest z nim ustawiony, on nawet nie wie jeszcze, że tu o tym do Was piszę...

Na koniec dodam że - koniecznie zapamiętajcie przepis na ten sos czekoladowy, bo nadchodzi sezon na truskawki, a truskawki maczane w tym sosie były kolejnym powodem błogostanu u całej mojej rodzinki 2+2. I za to właśnie Adamie bardzo Ci dziękuję i naprawdę życzę Ci tego blendera, żebyś te wszystkie wspaniałości pyszności mógł robić szybciej i łatwiej, a dzięki temu więcej, z korzyścią dla nas wszystkich ;) 

Pozdrawiam Was serdecznie, a następny wpis już jutro, w związku z rozpoczynającym się Tygodniem Wegetarianizmu, będą niespodzianki.






środa, 6 maja 2015

DIETA DR DĄBROWSKIEJ - cz.3, wrażenia - proces oczyszczania, waga i samopoczucie

W natłoku spraw różnych czas płynie jeszcze szybciej, więc ten wpis naprawdę naczekał się na swoją kolej ale może to i lepiej, bo od przeprowadzenia dietki, o której wspomniałam tutaj i rozwinęłam temat tutaj, minęło już 1,5 miesiąca, więc dzisiejsze przemyślenia będą pisane z dobrego dystansu.

Dla przypomnienia w telegraficznym skrócie - dieta dr Dąbrowskiej, warzywno-owocowa, mająca na celu oczyszczenie organizmu z toksyn, poprawienie jego kondycji psychofizycznej i ogólne wzmocnienie odporności. Dla osób, które mają taką potrzebę, celem jest też utrata zbędnych kilogramów.

Pierwsza sprawa - CZY CELE ZOSTAŁY OSIĄGNIĘTE?

Co do oczyszczania organizmu z toksyn - "naukowo" nie mogę na ten temat nic powiedzieć, nie robiłam żadnych badań, itd., mogę snuć tylko własne przypuszczenia w kwestii zachodzących (lub nie) procesów oczyszczania.

Otóż teoretycznie w trakcie trwania diety, a w zasadzie w pierwszych jej dniach, mają pojawiać się tzw. "kryzysy ozdrowieńcze" czyli objawy uwalniania toksyn zgromadzonych w tkankach i przenikania ich do krwi. Towarzyszyć temu mogą m.in. bóle głowy, wymioty, biegunki, stany podgorączkowe, ogólne osłabienie i złe samopoczucie, również zmiany skórne i temu podobne "atrakcje".

Osobiście żadnego kryzysu ozdrowieńczego nie miałam, a co najmniej tak mi się wydaje.

W pierwszym dniu owszem, czułam się słaba i bardzo, bardzo senna, ale to ewidentnie z głodu i braku węgli w "piecu" :) Było mi zimno, nie umiałam się rozgrzać, chociaż dzień wcale nie był chłodny, nie miałam siły do robienia czegokolwiek i ostatecznie poszłam spać krótko po godz. 20, chociaż normalnie siedzę do minimum północy. Nie wydaje mi się jednak, żeby tak szybko mogły pojawić się sygnały oczyszczania, stawiam raczej po prostu na głód, brak odpowiedniego "paliwa" na rozpędzenie organizmu do pracy.

Drugiego dnia tak, potwornie bolała mnie głowa, właściwie wstałam z bólem, który narastał przez cały dzień i skończył się dopiero wraz z wymiotami (ano), ale po przemyśleniu wszystkich okoliczności stwierdziłam, że - po pierwsze, na 100% głowa bolała mnie już z głodu, jak zawsze, kiedy nie zjadłabym porządnie (np. z braku czasu na pilnowanie jedzenia w ciągu dnia, co czasem się zdarza). Po drugie, od rana wiał wtedy okropny wiatr, od czego też zawsze boli mnie głowa, niezależnie od wszelkich innych czynników. Po trzecie - dobiłam się chyba obiadem, na który postanowiłam zjeść surową zupę (czyli surowe warzywa zmiksowane z wodą), złożoną z takich składników (m.in. pora, którego nienawidzę ale chciałam mieć zdrowo :P), że mój żołądek powiedział "nie no, kobieto, oszalałaś?!" i odwdzięczył mi się właśnie efektami specjalnymi, po których zresztą, plus godzinnej drzemce, wszelki ból minął jak ręką odjął i zaczęłam czuć się świetnie.

Wydaje mi się więc, że - jak zresztą napisała dr Dąbrowska: "Osoby, które wcześniej stosowały terapie oczyszczające lub prowadziły zdrowy tryb życia, zwykle nie mają żadnych kryzysów." - te 4 już lata na diecie najpierw wegetariańskiej, a potem wegańskiej, jednak na coś się przydały ;)

Oczywiście, że zawsze jest z czego się oczyszczać - cukier, mąka, pestycydy, chipsy, orzechówka, itd. ;) Wydaje mi się jednak, że nie jedząc mięsa i innych produktów pochodzenia zwierzęcego, zakwaszających organizm i przyczyniających się do wielu jego awarii, jest się ogólnie w lepszej formie i nie ma tych toksyn w organizmie aż tak wiele, żeby miały wyłazić wszystkimi otworami w momencie takiego detoksu.

Drobne przejawy tego, że coś tam jednak się dzieje, obserwowałam na skórze - na twarzy w okolicach nosa i ust pojawiły się małe, przesuszone plamy (smarowałam olejem kokosowym, walcząc z sobą ostro, żeby go przy okazji nie jeść łyżeczką :)) i zdecydowanie oczyszczały mi się zatoki (chociaż raczej nie miewałam z nimi problemów, a jednak coś tam z nich spływało przez 3-4 dni).  Oprócz tego skóra wygładzała się jakby z dnia na dzień, a oczy stały się czyste i błyszczące.


Odnośnie utraty wagi powiem tak - osobiście nie potrzebowałam i wręcz bardzo nie chciałam schudnąć, i właściwie myśl o możliwości zgubienia iluś-tam kilogramów była jedyną, która blokowała mnie przed podjęciem decyzji o diecie przez kilka dni, jednak po wnikliwej lekturze książki dr Ewy Dąbrowskiej doszłam do wniosku, że jeśli nie mam nadwagi, to nie powinnam schudnąć i rzeczywiście tak się stało. W ciągu całych 10 dni moja waga wahała się w granicach 1 kg, a ostatecznie pozostała na poziomie "startu", tak że z tego byłam chyba najbardziej zadowolona.

Natomiast mąż, który mały balaścik miał do zrzucenia, "chudł w oczach", a przy tym cieszył się dobrym samopoczuciem, co nigdy wcześniej przy próbach jakichkolwiek ograniczeń w jedzeniu się nie zdarzało (czytaj: marudził ;)). Wszystko mu smakowało, nie chodził głodny, nie miał zachcianek ani pociągu do słodyczy, czuł się ogólnie dobrze. Na diecie był trochę ponad 2 tygodnie i pozbył się w tym czasie 4 kg, widocznie przekładających się na ubytek centymetrów w pasie. U niego również widać było odmłodzenie komórek (skóra) i to jasne, świetliste wręcz spojrzenie.

No i właśnie - samopoczucie.

Pomijając ten pierwszy słaby i senny dzień oraz drugi naznaczony potwornym bólem głowy, od 3 dnia czułam się po prostu super! Dobrze wyspana, pełna energii, lekka i "świeża", z chęcią do pracy i wszelkich codziennych zajęć, zero jakichkolwiek problemów ze strony ciała.

Psychicznie też czułam się świetnie, dużo spokojniejsza i bardziej zrelaksowana, chociaż "problemów" do ogarnięcia wcale nie ubyło. Do wszystkiego podchodziłam jednak bardziej lajtowo, nie stresowałam się niczym, nie goniłam tak bardzo, żeby robić 5 rzeczy na raz.

AUTOREKLAMA :)

Oczywiście, żeby nie było tak różowo, o minusach też muszę powiedzieć.

Po pierwsze zimno, takie wewnętrzne, niezależne od temperatury otoczenia; czułam cały czas, że brakuje mi tych rozgrzewających ciało węglowodanów, chodziłam ubrana w 2 warstwy ubrania, gdzie normalnie zakładam tylko koszulki na ramiączkach. Nie przeszkadzało mi to jednak jakoś szczególnie, w miarę możliwości wystawiałam się na słońce i było lepiej.

Po drugie, co idzie pewnie za pierwszym, czułam się słaba wysiłkowo - było mi słabo po wejściu na 4 piętro i zrezygnowałam w tym czasie z biegania, bo miałam wrażenie, że jak przebiegnę 500 metrów to padnę twarzą w chodnik, a co dopiero mówić o półgodzinnym przebieraniu nogami i to z jakąś prędkością nawet ;)
Może to było tylko wrażenie, może w rzeczywistości taki trening zrobiłby mi dobrze, jednak zupełnie nie miałam ochoty tego sprawdzać, zadyszka po wejściu po schodach skutecznie mnie zniechęcała.
Wydawało mi się to jednak zupełnie normalne, w końcu z czego produkować energię do podjęcia większego wysiłku, jeśli dostarcza się organizmowi poniżej 1000 kcal dziennie... Jakby nie patrzeć, to jednak głodówka i chyba nikt nie biega maratonów w czasie urządzania sobie takowych.

Minusy psychiczne też były, a właściwie jeden wielki - dotkliwie odczuwalny BRAK.
Brak chleba - od początku totalne i stale rosnące pożądanie chleba, albo kukurydzianego wafla, albo pieczywa chrupkiego, albo czegokolwiek innego "suchego", ziarnistego, chrupiącego, ale nie tak, jak chrupie marchewka, tylko np. chrupki kukurydziane. Do tego równocześnie cały czas ciągnęło mnie do orzechów (zwłaszcza laskowych), czekolady (kakao) i oleju kokosowego, czyli do zakazanego w czasie diety tłuszczu, ewidentnie brakowało mi tych kalorii, których nigdy nikt nie widział, ale które chyba jednak istnieją ;)

Druga sprawa to brak urozmaicenia jedzenia, tak ogólnie. Jeśli na co dzień wcale nie potrzebuję wymyślnych posiłków i naprawdę zakładam, że im prościej tym lepiej, tak jedząc przez 10 dni w zasadzie jedno i to samo wyraźnie zmęczyłam się tym, że nie mogę zjeść czegoś innego, zwłaszcza tych produktów z listy "zakazanych", ciągnęło mnie nawet do rzeczy, których od dawna nie jadam (pizza z serem, czekolada mleczna, mleko w proszku, itd., często "łaziły" mi po głowie).

Może to taki przekorny mój charakter, że nie znosi narzucania ani ograniczeń, a może po prostu lubienie jedzenia różnych różności, tak czy owak to, że nie mogłam sobie zjeść banana czy awokado czy tej przysłowiowej czekolady z orzechami, zmęczyło mnie okrutnie ;)

JEDNAK - mimo tych ograniczeń i zakazów i tak warto było trochę się pomęczyć, bo pozytywów z efektem na dłużej wyszło więcej, niż tych trudności przez kilka  dni, ograniczenia przerodziły się w rozszerzenia, a narzucone zasady w nowe dobre nawyki żywieniowe ale o tym już w następnym kawałku tej blogowej powieści w odcinkach, obserwujcie.



sobota, 2 maja 2015

Jest taka akcja, żeby dać piątaka :))

Kochani!

WSZYSTKO JEST W GŁOWIE.

Jest taki gościu z Bieszczadów, który ma w głowie - być jak Raramuri.
Marzenie do spełnienia, któremu możemy pomóc.

Mój M. opisał to już świetnie na swoim blogu, więc po prostu zapraszam Was tutaj,
a potem - oddajcie piątaka, w dobre ręce, niech się Gniewko cieszy, a co! :))